wtorek, 13 października 2015

Rozdział 1


- Musisz mi pomóc. – powiedziałam wymijając go w wejściu do komnaty.
- Martina? Co ty tutaj robisz? – spytał Kaspian. – Jest późno, powinnaś być w domu.
- I co czekać jak mój „ukochany” mąż wróci? – spojrzałam mu w oczy. – Wiesz co mi zrobił…
- Ja wiem, ale… - próbował protestować.
- Ale? Nie ma „ale”! – Zrzuciłam płaszcz i wyciągnęłam przed siebie rękę z workiem. Mój kuzyn zauważył w nim ruch.  – Zrób to dla mnie.
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego jak wiele ryzykujesz? Jak oboje ryzykujemy?
Spojrzałam na niego z wyrzutem.
- Gratus zabił z zimną krwią własną córkę. Moją córkę. Moje ciało i krew, a więc i twoją krew, kuzynie.
- Czego ode mnie oczekujesz?
Sięgnęłam ręką do worka i wyciągnęłam z niego orła, jego dziób i szpony były spętane, głowę okrywał kapturek, a prawe skrzydło zostało pozbawione piór.
- Jesteś augurem, więc wyjaw mi co mówią wnętrzności.
[Obóz Herosów, Domek Hadesa, Nico]
- Nie martw się Hazel, wrócę zanim się obejrzysz. – powiedziałem do obrazu mojej przyrodniej siostry, który ukazywał się w tęczy. Tuż obok niej stali jeszcze Jason i Reyna, udało mi się złapać ich wszystkich razem, z czego byłem wielce zadowolony.
- My wiemy Nico, tylko, że… Martwimy się… - zaczęła moja siostra. – Znów znikasz, z obydwu obozów, wyjeżdżasz, nie wiadomo gdzie. A co jeśli nasz ojciec wpadł na jakiś niebezpieczny pomysł, jak wtedy gdy kazał ci porwać dla niego Percy’ego?
- Hazel chce tylko powiedzieć, że sam naprawdę nie wiesz co cie tam czeka. – wtrąciła się Reyna spokojnie.
- Wszystkim nam zależy na tym, żebyś był cały – dodał Jason.
Każde z nich wiedziało o mnie dość dużo, Jasonowi udało się poznać moje uczucia. Reyna widziała jak trudno było mi okiełznać ciemność, a Hazel opowiedziałem sporo z tego co pamiętałem o moim dawnym  życiu, z resztą ona nie była mi w tym dłużna.
- Wiem, o co wam wszystkim chodzi, ale muszę to zrobić. Nie pytam was czy się zgadzacie, oznajmiam wam tylko moją decyzję.
Oni spojrzeli tylko po sobie.
- Niech zgadnę – odezwał się syn Jupitera. – Mamy nikomu nie mówić?
- Wiedziałem, że zrozumiecie. Do zobaczenia po przesileniu. – Zanim zdążyli odpowiedzieć tęcza zniknęła, a razem z nią moim najbliżsi przyjaciele.
Było już około pory obiadowej, wcześniej spakowałem parę rzeczy do plecaka, w końcu opuszczałem obóz na ponad miesiąc. Nie miałem pojęcia co będę tam robić, ale miałem pewność, że czyste ubrania nie spadną z nieba. Postanowiłem coś zjeść, wyszedłem z domku i ruszyłem do pawilonu jadalnego. Po drodze widziałem Willa Solance, kolesia którego mógłbym nazwać kimś na kształt kumpla, rozmawiał o czymś z Cecilem i Lou Ellen, dwojgiem herosów, którzy dołączyli do obozu po II Wojnie Tytanów. Oboje mieli po 12 lat podczas ostatecznej bitwy, wiem, że córka Hekate opiekowała się szóstką swojego rodzeństwa - innymi półbogami którzy do nas dołączyli – po śmierci ich najbardziej utalentowanego brata. Co do Cecila nie znałem dokładnej jego historii, ale wiedziałem, że był jednym z pierwszych którzy postanowili zamieszkać w Obozie. Ta para zebrała parę większych obrażeń, więc spędzili wtedy trochę czasu w infirmerii, tam poznali i zaprzyjaźnili się z Willem. Co do mnie to kiedy syn Apolla poprosił mnie, a wręcz nakazał mi, odwiedzać się w obozowym szpitalu, chcąc nie chcą, również złapałem z nimi jakiś kontakt. Czasami trenowaliśmy razem walkę, Will chciał nadrobić swoje zaległości, więc dzieliliśmy się w pary. Zazwyczaj walczyłem po jednej stronie z Lou Ellen, która uwielbiała „robić krzywdę" dwóm chłopakom, a ja to szanowałem.
Kiedy mnie zauważyła podeszła bliżej, kiedyś uznała, że żadne z dzieci Hekate, tak naprawdę się mnie nie boi, jak inni. Oni czują respekt przed mocą i ciemnością, a prawdą było, że ja byłem ich pełny. Wracając, dziewczyna miała czarne włosy do ramion i zielone oczy, uśmiechała sie dość szeroko, i choć była lekko buntownicza z usposobienia i wyglądu, często zdarzało jej się rumienić.
- Mam genialny pomysł na skopanie tyłków tym dwóm idiotom – znów się uśmiechnęła.
Zatrzymałem się, postanowiłem, nie zdradzać jej wszystkich szczegółów, ale powiedziałem:
- Nie mogę, ojciec zorganizował mi pewne zajęcie i przez jakiś czas nie będzie mnie w obozie.
Półbogini zmarszczyła usta na jedną stronę i spojrzała na mnie spode łba, gdzieś wcześniej widziałem tę minę, za każdym razem gdy widziałem ją na twarzy Lou Ellen dręczyła mnie ta niewiedza.
- Świetnie, więc kto pomoże mi zdobyć krew centaura? – bąknęła cicho.
- Będziesz sama musiała sob… Czekaj, co ty im chciałaś zrobić?
- Nic! Dobra, idę, papa Nico!
I podbiegła w kierunku swojego domku.
Kontynuowałem wyprawę do pawilonu, siedząc przy stole Hadesa zastanawiałem się kim jest ta tajemnicza osoba, która ma mi pomóc. Tym bardziej w mojej rodzinnej Wenecji, w Casa de Nera. Nie miałem dobrych wspomnień z tego miejsca, zmieniono mnie tam w kukurydzę, od tego czasu nie tknąłem popcornu. Wcześniej to miejsce zamieszkiwał Triptolemos, bóg rolnictwa, wredny typ, który nie chciał pomóc mojej siostrze, nienawidziłem go.
Kiedy tak o tym myślałem pojawił się przede mną talerz z  Carpaccio, dawno tego nie jadłem. Wrzuciłem część do ognia na cześć bogów i zjadłem resztę. Wstałem od stołu, przechodząc obok miejsca gdzie siedział Chejron i Dionizos skinąłem głową. Usłyszałem komentarz Pana D.
- Biedny chłopak, nie wie w co go wpakowali.


Kiedy już byłem u siebie, spojrzałem na obsydianową perłę, wykonałem ten sam gest o którym mówił mój ojciec, i myślałem o Casa de Nera. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, inne od drogi cienia, mniej wyczerpujące. Trochę jakby połączyć się jednocześnie ze wszystkim wokół, a jednocześnie całkowicie się rozpłynąć. Kiedy się już zmaterializowałem, zauważyłem, że jestem jakimś eleganckim, to jedyne określenie jakie przyszło mi do głowy, salonie. Zanim się zorientowałem,  znikąd obok mnie pojawiła się empuza.